Rozprawa o srebrze i koncercie Bryana Adamsa w Rybniku!!!! :)

Nie wiem, czy wyszedł mi z tego zestaw elegancki - z założenia miał właśnie taki być. Nie miałam zbyt dużo czasu na namysł, więc stworzyłam go w 2 minuty i bez sprawdzenia temperatury na dworze. Okazało się, że troszeczkę się przeliczyłam z pogodą, przyzwyczajona do tego, co się działo za oknami jeszcze całkiem niedawno.

Nawet biżuterię nałożyłam elegancką i srebrną. Kiedyś nosiłam jedynie srebro ponieważ strasznie bolały mnie dziurki w uszach od kolczyków, które nie były z tego metalu. Nadszedł jednak pewien piękny dzień, w którym postanowiłam, że też chcę mieć masę pięknych i TANICH kolczyków :P Wiadomo, że srebro kosztuje trochę więcej niż jakiś tam zwykły metal i często nie prezentuje się tak spektakularnie. Jest mały wybór w na prawdę dużych, srebrnych kolczykach a ja takie preferuję.
Tak więc zmusiłam się - cierpiałam tak długo, aż moje uszy przyzwyczaiły się do czegoś nowego. Nie powiem, że było to łatwe, lekkie i przyjemne ale miałam przed oczami wyższy cel :) Nie ma , że boli, trzeba być twardym :P
Dzisiaj jest już wszystko ok. Metale mnie nie uczulają do tego stopnia, że już nie pamiętam kiedy nosiłam srebrne kolczyki. Ciekawa jestem jak to działało, bo na złote też reagowałam uczuleniowo. Całe szczęście gustu na prawdziwe złoto nie mam, inaczej bym zbankrutowała. Szczerze mówiąc - nie lubię złota, dla mnie jest zbyt bogate i strojne. Co innego odcienie miedzi.W sumie posiadam komplet złotopodobnych bransolet i kolczyki ale zakładam je jedynie od wielkiego dzwonu i tylko wtedy, gdy poczuję, że udźwignę ten kolor w danym dniu :)

Póki co, noszę też zawsze te same, srebrne pierścionki i czekam na dzień, w którym dorosnę do tego, by powiedzieć "dość" i kupić sobie jakieś inne, które niekoniecznie były ze srebra :)

Zdjęć mało, bo w tym pomieszczeniu zawsze jakoś wychodzą kiepskie ;/



Kolczyki + Bransoletka - Jubiler Artis
Naszyjnik - z kryształków Svarowskiego
Bolerko już było - Stradivarius
Top - C&A
Spódnica - Promod
Buty - Quazi
Rajstopy - jakiś tam sklepik No name
Torebka - jakiś tam sklepik No name

dodatkowo wiadomość z ostatniej chwili:

BRYAN ADAMS WYSTĄPI W RYBNIKU !!!!

Cieszy mnie ten fakt niezmiernie, bo w ogromnym stopniu wydarzenie to rozpromuje moje miasto. Może kogoś koncert ten zachęci do odwiedzin i zwiedzenia Rybnika :)
W każdym razie koncert odbędzie się 13 czerwca 2011. Będzie to jedyny występ Bryana Adamsa w Polsce!
Ceny biletów i ich sprzedaż zostanie rozpoczęta w środę 26 stycznia!

a tu do posłuchania :D

Małe zmiany!!

Wprowadzam powoli małe zmiany!! Pewnie dla większości z Was zauważalne :)

Niedawno zmieniłam "front" bloga a dzisiaj udało mi się dołożyć do niego aplikację "lubię to" na facebook'a.

Wiem, że to może być dla Was śmieszne, ale opanowane tego wszystkiego było dla mnie nie lada wyzwaniem, ponieważ nie lubię obsługiwać FB ;/ Wszystko jest tam tak pochowane i ciężkie w obsłudze. Nie wiem, może to tylko moje wrażenie ale trudno... w każdym razie jestem dumna z siebie, że to opanowałam, bo tak na prawdę, dotychczas mojego prywatnego profilu używałam tylko do tego, aby oglądać co dodali inni :) Ewentualnie czasem wrzuciłam jakiegoś linka. W każdym razie moja aktywność nigdy nie była oszałamiająca :)

Tak więc zachęcam do "lubienia"  - oczywiście nic na siłę, wszystko zgodnie ze swoją wewnętrzną ideologią :)

A dzisiaj zdjęcia nie moje. W związku z tym, że u nas trwają ferie, odwiedziła mnie moja siostra. Korzystając z okazji, zrobiłam z niej moją małą modelkę, gdyż od dawna chodziła mi po głowie idea wystawienia paru rzeczy na allegro. Aukcje znajdziecie tutaj. Pierwszy raz sama wystawiam coś, więc jak widzicie, mam dzisiaj dzień opanowywania internetu i przełamywania lodów :) Dzisiaj udało mi się zamieścić tylko to. Resztę dodam w późniejszym czasie.

Wracając - siostra została modelką do prezentacji ubrań a przy okazji troszeczkę ją podrasowałam za pomocą fryzury i makijażu - oczywiście ku mojej uciesze, bo mogłam się na kimś wyżyć artystycznie

Efekty poniżej :) Enjoy







Zuzi nie mogłam robić zbyt intensywnego makijażu, bo ma delikatny typ urody blondynki.
W koku widać czarne wsuwki ale niestety posiadam tylko takie, jako, że ja mam ciemny kolor włosów :)

Bo z zimowej jesieni trzeba korzystać

Stwierdziłam, że piszę zdecydowanie za długie posty, przez które niektórym z Was pewnie ciężko się przebić, bo to czytać długo trzeba i w ogóle. Dlatego dzisiaj, w ramach jednorazowego wyjątku, uraczę Was króciutkim pościkiem - tylko się za bardzo nie przyzwyczajajcie :D

Post będzie małym opisem tego co zrobiłam - a popełniłam rzecz taką, że przywdziałam długie szarawary (spodnie kupiłam z przeznaczeniem do tańca ale nigdy nie wiadomo co człowiekowi wpadnie do głowy :) w zimę!! :) Ale czy to zimą aktualnie można nazwać - nie wiem, w każdym razie ja narzekać nie mam zamiaru i wykorzystałam do cna taką a nie inną temperaturę za oknem :D W przypadku wielkich minusów za oknem, jakoś nie ubierałam tak ochoczo krótkich butów bo to zimno w tym, nieocieplane to takie i ogólnie bleeeee (oczywiście na zimę) a do szarawarów jak znalazł :)

Dodatkowo znów róż na powiekach mych. Jakoś ten kolor ostatnio przypadł mi do gustu :D Ożywia tą smutną pogodę :) Kolczyki - nówka sztuka z allegro :D

Jako bonus - zdjęcie ekstra - Edyta artysta - malarz :D Może takie swoje usługi też zaplanuję :D Współczesny Picasso szablonowy :P










p.s. Te "urocze" buty na zdjęciach nie są moje - ewidentnie psują kompozycję fotorafii lecz cóż... było już za późno :P

Prawo serii ;/

O tym, że nieszczęścia chodzą parami, uczyli mnie od zawsze, od dzieciństwa ale żeby chodziły w czystych procesjach, prawie jak na Boże Ciało, to już mała przesada!! Ja nie wiem kto jest za to odpowiedzialny, gdzie się zgłasza reklamacje, ale mówię stanowcze DOŚĆ - tak jakby to miało jakieś znaczenie, co ja mam na ten temat do powiedzenia ;/

Zepsute auto - jeszcze potrafię zrozumieć, no bo stare, stojące na mrozie i chłodzie a przede wszystkim Deawoo, także mnie to nie dziwi. Pal licho, bo auta mamy dwa, także ja sobie busikami do pracy podjeżdżałam a swoje auto oddałam w dobroci serca mojemu mężczyźnie, no bo ma dalej do pracy - wiadomo. W końcu to tylko chwilowe, do czasu naprawienia...

Junkers - jak już pada to urządzenie to jest źle - brak ciepłej wody jest strasznie dobijający. Nie ma jak to grzać wodę w garnkach i czajnikach, by się jakkolwiek umyć. Całe szczęście, że włosy mogłam myć u rodziców, gdzieś po drodze napatoczył się basen, więc też szybką darmową kąpiel się zaliczyło... dało radę - junkers kupiło się nowy, bo tamten stary i niebezpieczny... cóż, mus to mus... teraz przynajmniej moja mama śpi spokojnie a nie ze strachem w oczach, że mnie to diabelskie urządzenie otruje czadem na amen!

Macie czasami tak, że liczycie, że coś samo się naprawi, cudownym sposobem, nadprzyrodzonym? Że urządzenie wyleczy się jak po podaniu tabletki tylko, że bez tabletki? No właśnie, ja tak mam, naiwne strasznie. Myślałam, że ten nieżywy aparat fotograficzny się ocknie, przebudzi. Postanowiłam dać mu spokój do następnego dnia ale on nic - nieszczęsny!! Dalej lampy błyskowej brak ;/ No to do serwisu a tam co?? Cudowne uzdrowienie - aparat przestraszył się rozkręcania :D How could it be? No widocznie czasami chociaż ta moja tempa naiwność się opłaca... czasem... póki co, aparat żyje, ciekawe na jak długo :P

Auto, junkers, aparat... po czym przyszła kolej na mikrofalówkę, nową nowiuteńką, użytą 4 razy...
Taaaaakkkkk dobrze się domyślacie, za piątym razem niestety nie zadziałała. Buczy, huczy, kręci się tyle, że jedzenie się nie podgrzewa... shit... zawiozłam ją już do serwisu... głęboki wdech - wydech, przecież jest na gwarancji... dzięki Bogu. Przeżyję...

Auto naprawione - nie najgorzej - 70 zł... ale co z tego, jak silnik trzeba wymienić, inaczej auto będzie się psuło cały czas ;/ Noooo i to jest już ta zła wiadomość... kolejna zła to ta, że nagle lampy przestały w środku działać i światła awaryjne no i nawet zamek od strony pasażera odmówił posłuszeństwa...

Mało??

Wczoraj rano - kino domowe działa. Wczoraj wieczorem - kino domowe nie działa.... no comment...

Tak więc wśród aury mega zdenerwowania i szczytu opanowania na jakie mogę się jeszcze zdobyć, starając się z uśmiechem patrzeć na mający wstać jutro dzień, postanowiłam troszkę publicznie dzisiaj wyżalić się na blogu i próbować ZAKLINAĆ RZECZYWISTOŚĆ - NIC SIĘ JUŻ NIE ZEPSUJE, NIC SIĘ JUŻ NIE ZEPSUJE, NIC SIĘ JUŻ NIE ZEPSUJE... prawda?? ;/

Jak to się mówi "only peace can save us"... Więc jestem spokojna, bardzo spokojna i bardzo spokojnie zamieszczam zdjęcia.... :D


p.s paski na zdjęciach, czy też tak zwane "szumy" są spowodowane właśnie przez umierający aparat, cudownie zresztą zmartwychwstały :)



Mery powiedziała: zrób coś ze sobą kobieto - no to zrobiłam :P



Ta bransoletka jest bardzo wiekowym i cennym podarkiem od mojej mamy - nie wiem jak to jest, że to, co robili kiedyś, potrafi przetrwać w idealnym stanie  po dziś dzień a to co robią teraz, to jednego sezonu nie potrafi w całości "przeżyć" ;/





A teraz małe ogłoszenia duszpasterskie - już niedługo będę w pełni wykwalifikowaną makijażystką z certyfikatami itepe... więc oficjalnie zacznę się reklamować. Dla tych, którzy się nie obawiają, a chcieliby skorzystać już teraz z moich, jak to szumnie brzmi, usług - reklamuję się w tym momencie, ot co ! :)

Czym malować - czyli o wyższości pędzli

Na początku muszę podzielić się z Wami straszną wiadomością - zepsuł mi się aparat ;/ Zdjęcia wprawdzie robi ale bez lampy błyskowej co w znacznym stopniu utrudnia jego użytkowanie ... całe szczęście, że mam mały zapasik zdjęć na twardym :D:D:D

Ale dzisiaj zdjęć nie będzie - przynajmniej nie moich. Dzisiaj post, do którego napisania natchnęła mnie ostatnio Monika, zadając pytanie o to, czym najlepiej nakładać cienie, żeby wyglądało ładnie.

Pamiętam jak na samym początku nakładałam cienie palcem. Cóż, dzisiaj mogę śmiało powiedzieć, że nie jest to najlepsze rozwiązanie, chyba, że nakładamy w ten sposób cień bazowy, ponieważ wtedy jakaś wybitna dokładność nie jest wymagana. Żeby dobrze nałożyć cień palcem, musi być on suchy o co np w lato dość ciężko, gdyż bardzo często dłonie najzwyczajniej w świecie się pocą. Poza tym na palcu zostaje dużo cienia, który zamiast na powiece, ląduje w liniach papilarnych. Słabszej jakości produkty do malowania oczu nakładane palcem nigdy nie będą miały takiego odcienia jak te, które są nakładane aplikatorem bądź pędzelkiem. Nie ma się też co oszukiwać - palcem nigdy nie zrobimy wyraźnych linii albo nie rozetrzemy równo cienia.

Co do aplikatorów - był to kolejny etap mojej "malarskiej" twórczości :P Cóż, lepsze to niż palec ale wbrew pozorom wcale nie tak łatwo malować aplikatorem gdyż ma on dużą twardą powierzchnię i nie układa się na powiecie zgodnie z jej kształtem. W gąbeczkę wchodzi także dużo cienia, który w ten sposób niepotrzebnie się marnuje. W zależności od tego, jaki jest kształt naszego aplikatora, taką możemy narysować nim kreskę. Zazwyczaj są wyprofilowane na taki mały pół-okrągły szpic na czubku. Gdy nałożymy na ten czubek cień, możemy narysować w miarę równą kreskę nad linią rzęs, bądź stworzyć wyraźny kontur całego cienia np pod linią brwi. Jeśli chcemy rozetrzeć cały makijaż np w styl smokey eye, raczej nie łudźmy się, że wyjdzie to tak jak makijażystkom w TV gdyż na prawdę ciężko jest "wyciągnąć" oko równo ku górze za pomocą aplikatora.

Skoro nie palec i nie aplikator to każdy już chyba domyśla się co zaproponuję. Pędzle są najlepszym i niezawodnym narzędziem malowania oczu. Doskonale wiem po sobie, że może przerażać ich ilość, szczególnie gdy się nie do końca wie, co czym itd. Prawdą jest też to, że pędzlami trzeba nauczyć się malować jednak kiedy już dojdziecie do wprawy i same empirycznie doświadczycie, który pędzel najlepiej nadaje się np do robienia kresek, wtedy za żadne skarby świata nie będziecie chciały wrócić do innego narzędzia. Jeden aplikator ma zastąpić 10 pędzli?? No właśnie - to się nie może udać i zawsze - jak to już bywa w życiu "coś kosztem czegoś". Pędzlami i przy pomocy cieni narysujemy cienką kreskę, bo w zestawach znajdziemy skośnie ścięty cienki pędzelek, pięknie równo rozetrzemy linię pod dolną linią rzęs, zrobimy smokey eye słowem - pędzlami można stworzyć wszystko to, czego nie da się zrobić aplikatorem i palcem. To właśnie pędzelki są najlepszym gwarantem udanego makijażu i najmniej marnotrawią cienie!!

Mam nadzieję, że troszeczkę przybliżyłam Wam temat i zachęciłam do pędzelków. Jeśli miałybyście pytania odnośnie tego co się z czym je, czyli jaki pędzelek do czego służy, to jestem jak najbardziej otwarta - piszcie i pytajcie!! :)
aaaaa i jeszcze jedno - żeby zrobić ładny makijaż oczu i żeby cienie zyskały na głębi - używajcie bazy pod cienie!! To również da Wam oczekiwany efekt i dodatkowo przedłuży trwałość makijażu!! 

 Zdjęcie ze strony http://www.musicpro.kqs.pl



Trochę zdrowia

Na dzisiejszy post miałam kilka pomysłów ale postanowiłam z nich zrezygnować na rzecz innego tematu! Może niekoniecznie jest on związany z wizażem, raczej ze zdrowiem ale czyż nie zdrowie powoduje, że jesteśmy piękne?

Żeby dojść do sedna muszę najpierw Wam coś wyjaśnić - niestety co by nie gadać, jestem chodzącym ubytkiem - nie żebym jakoś wielce narzkała czy coś, tak po prostu, mam parę zdrowotnych problemów - niektóre niezależne ode mnie a do niektórych sama sobie pomogłam dojść. Nie ma się co wielce uzewnętrzniać ale do zrozumienia wszystkiego potrzbne jest mi wyznać, że mam Atopowe Zapalenie Skóry (AZS), Zespół Jelita Nadwrażliwego oraz Zespół Reynauda ( jak Was interesuje na czym to polega - wujek google Wam wszystko opowie :)) Dodatkowo cierpię na migreny heh :) To tak z grubsza... wiem wiem, żałosne ALE ważne by przekazać Wam coś, co odkryłam dzięki mojej mamie a właściwie to dzięki jej koleżance z pracy a mówię tutaj o GRZYBKU TYBETAŃSKIM!! Nie wiem czy słyszeliście o nim... są to takie małe białe kuleczki, które zalewa się mlekiem na 24 godziny, zostawia się w ciepłym miejscu, po czym trzeba wypić odcedzone mleko, które smakuje jak kefir.
Dla mnie zima zawsze była czasem wykańczającym, głównie dlatego, że mam bardzo niskie ciśnienie krwi i nieszczęsny Zespół Reynauda, przez co krew nie dopływa mi czasem do palców rąk. Nie mówię już o kostniejących stopach brrrrrrrr. Mam też problemy ze skórą i przemianą materii także zrezygnowana sięgnęłam po rzecz, której tak do końca nie wierzyłam czyli właśnie po Grzybka Tybetańskiego i muszę przyznać, że jestem zachwycona. Robię tutaj małą reklamę ale dlaczego nie reklamować rzeczy, którą dostałam za darmo, jest mega zdrowa i faktycznie pomaga!! Uważam, że jeśli może on komuś pomóc, kto ma problemy z trawieniem, wątrobą, odpornością itp itd to powinnam o tym pisać i przekonywać, przekonywać i jeszcze raz przekonywać!! I trudno, że musiałam się trochę uzewnętrznić - ale robię to piewiąc wyższe ideały pomagania innym :)

O sposobie przechowywania i wszystkim co jest z grzybkiem związane, informacje znajdziecie w internecie. Powiem Wam szczerze, że ja sama byłam sceptyczna ale mi grzybek na prawdę pomógł ! Taka medycyna naturalna, bez tabletek a działa - ciekawe co na to lekarze :P

Zdjęcie ze strony http://lidar.bazarek.pl/opis/231968/grzybek-tybetanski--samo-zdrowie.html













A teraz - oczywiście coś ode mnie - makijaż musi być, nie ma to tamto :P I strój też - po tylu pochwałach pod ostatnim postem  mój Pan fotograf stwierdził, że musi dać się zapamiętać szerokiej publiczności i wbił się na kolejne zdjęcia :P








Z nowych rzeczy:
Ja - zielona tunika z Mohito - przecena 39,90 ( reszta rzeczy już była)
Justyn - sweterek (59,90) i koszulka (19,90)- House
Heh, ciekawe co teraz powie na to, że zdradziłam jego imię :P Chciał fejmu to ma :P



Męska rzecz

Mój fotograf się zbuntował - stwierdził, że ma już dość życia w cieniu i mam zaznaczyć jego obecność :)
Ale jak to zrobić? Gdy sama chcę mu zrobić zdjęcia, robi takie miny, że nic tylko posłać do demotywatorów ze śmiesznym podpisem.
Poza tym, wszystko chłopak ma za małe więc najpierw trzebabyło zrobić delikatne zakupy odzieżowe - bo kasa kasą ale wyglądać jakoś musi tyle tylko, że wypady z nim wyglądają tak, że wszystko jest nie takie, to beznadziejne, to ma zły napis, to ma zły krój, nie ten kolor, nie ten wzór a to szału nie robi a to padlina... po dwóch dniach chodzenia po sklepach zdecydował się jedynie na nowe spodnie. Po przyjeździe do domu i oderwaniu metek uznał jednak, że to nie to... Ale wtedy to już woda po kisielu...
Więc co zrobiłam? Poszłam sama na zakupy z siostrą... brałam wszystko to, co uznawałam za fajne, ładne i dobre rozmiarowo. Zbierałam rachunki, żeby w razie czego móc oddać towar - zakupy zakończyłam na 3 t-shirtach, 2 swetrach i koszuli. Przy okazji kupiłam dla siebie pare rzeczy no bo jakże by inaczej :P (siostra też zyskała, żeby nie było :P)
Postanowiłam sprawdzić siebie w wersji pastelowej, czego zwykle nie robiłam. Efekt przedstawiam poniżej... ale dokańczając... teraz część najważniejsza... mój wybredny fotograf wszystko miał dobre!! Ba, co więcej, wszystko mu się podobało!! Dobra jestem prawda?? Ciekawi mnie, czy to tylko ja muszę robić męskie zakupy ciuchowe sama czy jest nas więcej :)

A teraz część najważniejsza... z zadowoleniem spakował wszystkie przyniesione przeze mnie ciuchy i włożył do szafy jednak to, co dzisiaj ukazało się moim oczom kolejny raz w życiu zmroziło mi krew w żyłach więc mimo, że okażę się mega wrednym babskiem to i tak wam to pokażę. Specjalnie zrobiłam zdjęcia jako dowód dla przyszłych pokoleń :P Straszna jestem ale muszę zastosować terapię wstrząsową :) Znaczy wiecie, ja wiele rozumiem... ale nowe nowiuchne ciuchy?? ja takie traktuję z namaszczeniem!! Ehhh faceci :P Ponoć większość to takie osobniki :)
Z siostrą posprzątałyśmy ten bałagan więc chyba jednak nie jestem taka zła prawda?? :P

A teraz ja w wersji "pastelowy róż" i w moich pierwszych białych rajstopach!! Ostatni raz nosiłam taki kolor chyba wtedy, gdy szłam do pierwszej komunii świętej :P W sumie o dziwo nawet dobrze się czułam w takim zestawieniu mimo, że zarzekałam się na wszystkie świętości, że ja w pastelach? Nigdy!! :)









A na koniec - wisieńka na torcie - teraz już nigdy nie powie, że nie istnieje na moim blogu :P Tadammmm
W nowym sweterku i nowych spodniach  (tak tak, to ten sweter, który kupiłam sama :P)

Poranny ptaszek z przymusu :)

Codziennie rano przeżywam dramat ...
Nie wiem, czy też tak macie ale ja niestety wstaję rano dużo wcześniej, bo wliczam sobie czas, który spędzam codziennie przed szafą zastanawiając się w co się mam ubrać...

To jest straszne, rodzina się ze mnie śmieje, bo wstaję dużo dużo wcześniej, aby sobie z rana usiąść i spokojnie napić kawy.  Lubię nie spieszyć się z rana.... może zazdroszczę trochę osobom, które śpią ile tylko mogą by potem w 5 minut wybrać się do pracy/szkoły. Ja nie opanowałam tej sztuki zresztą... nie wiem jak mogłabym sobie odebrać ten przyjemny codzienny poranny rytuał. Odbywa się to kosztem słodkiego snu - wiem, może co poniektórzy mnie nie rozumieją ale cóż :)

Ale wracając - stanie przed szafą jest mimo wszystko męczące. I to nic, że wypełniona jest z dołu do góry ciuchami - nic to, bo codziennie rano myślę o tym, że nie mam się w co ubrać. Śmieszne, ale nie lubię dwa razy ubierać się tak samo. Codziennie próbuję stworzyć nowe zestawienia ze starych ciuchów co jest czasami niezwykle męczące i czasochłonne. Dzisiaj był właśnie taki dzień - niczym bezmózg jakiś wpatrywałam się w półki bez jakiegokolwiek pomysłu na siebie. Niespecjalnie lubię takie "standing party" przed szafą.

Całe szczęście, że spotykam się ze zrozumieniem ze strony mojej rodziny - gdy inni jedzą śniadanie, ja słyszę hasło " to może Ty idź się już wybieraj" :P
W końcu do wszystkiego można przywyknąć :)

Dzisiaj zestaw jakiś taki siwo-brązowo-różowy. Róż - bo na opasce delikatnie zaznacza się na kwiatuszkach, co mnie zainspirowało.









p.s. Wiem, że mi się brew delikatnie rozczochrała :P

Co do ciuchów to:
Spódnica - Orsay
Siwa bluzka - H&M
Żakiet - kupiony bardzo dawno temu na targu
Torebka - Yves Rocher
Branzoletka - Yves Rocher
Korale - jakiś taki zwykły sklepik
Apaszka- Biedronka :P
Kolczyki - C&A

Noworoczne postanowienia

I co tam u Was słychać po świętach, po Sylwestrze??

Wszyscy rozpisują się na ten temat a mi jakoś natchnienia brak... święta jak święta - było miło i się skończyło, posiedziało się, poleniuchowało.

Sylwester? Ledwo pamiętam kiedy był i w ogóle... Sylwester? :P  Jakoś tak szybko minął mi ten okres...

Ale jest Nowy Rok 2011 - cieszę się niezmiernie z tego faktu, ponieważ 2010 był fatalny!!!! Żyję ogromną nadzieją, że to, co przyniesie 2011 będzie dużo lepsze, dużo przyjemniejsze i dużo milsze.
W 2010 r. straciłam wiele osób - jedną osobę dosłownie na wieczność a inne w przenośni...

Zdarzyło się też parę przyjemnych rzeczy szczególnie w drugiej połowie 2010 i na koniec...:)

Póki co mam za to głowę pełną noworocznych postanowień, pewnie podobnie jak większość z Was, jednak moje postanowienia są na prawdę WIELKIE i POWAŻNE!! Tak więc jeśli mogę Was o cokolwiek prosić na ten Nowy Rok, to o mocne trzymanie kciuków, bo zapowiada się ciężka praca i ostra jazda bez trzymanki :D

Dzisiaj jedynie makijaż... wspominałam, że natchnienia nie mam?? No właśnie nie mam ... ale za to głowę pełną pomysłów i 100% energii mam :)





Makijaż jest połączeniem zieleni i fioletu - szkoda trochę, że na zdjęciach tego nie widać...
A zapomniałabym - WSZYSTKIM ŻYCZĘ SZCZĘŚLIWEGO 2011 ROKU!!

 
MAGIC VISAGE © 2012 | Designed by Rumah Dijual, in collaboration with Buy Dofollow Links! =) , Lastminutes and Ambien Side Effects